blog

O wylatywaniu z gniazda

Sierpień 29, 2019 Brak komentarzy

Jest takie miejsce w południowo-wschodniej Polsce, które nazywa się Kików. Położone wśród pól, pagórków , stosunkowo daleko od cywilizacji,  dobrzy ludzie założyli tam ośrodek warsztatowy. Jednym słowem piękne miejsce do rozwoju, do kontemplacji, do odnajdywania siebie , do sięgania po znane i nieznane. Jeden z moich kolegów warsztatowych powiedział, ze Kików powinien nazywać się „Klików”, gdyż tutaj dzięki treningom, warsztatom puzzle naszego życia mogą kliknąć w odpowiednie miejsce, tak, by zobaczyć więcej, poczuć pełniej i „klik” .. odpowiedzialnie wybrać.

W Kikowie byłam kilka razy, przeżyłam sporo momentów, spotkań, doświadczeń, które budują mnie jako kobietę, mamę, partnerkę czy psychoterapeutkę. Chciałabym podzielić się odkryciem z  ostatniego wyjazdu w to magiczne miejsce, kończącego pewien etap w moim życiu, a otwierającego  na nowe. Spotkałam wspaniałych ludzi, którzy dopiero stawali przed wyzwaniem dostania się do szkoły, rozpoczynali swoją przygodę  w zawodzie psychoterapeuty. Budzili we mnie różne uczucia, ale te dominujące to chęć zaopiekowania się nimi, uchronienia przed błędami, przed udręką jaką mogła być dla nich współpraca z bardziej doświadczonymi kolegami, czy po prostu wyzwaniem rekrutacji. Były to uczucia, które dobrze znam jako mama dwójki dzieci, mama córki opuszczającej dom, która  wyrusza na  studia w wielkim świecie:  irracjonalne pragnienie by ustrzec moje dzieci od wszelkiej szkody i niebezpieczeństw świata, a jednocześnie radość gdy widzę, ze moje dzieci myślą, decydują niezależnie ode mnie, próbują, szukają swojego sposobu na życie. Te uczucia dały mi motywację by pomyśleć jak chcę istnieć z moimi dziećmi, co chcę wybierać gdy dopada mnie lęk i trwoga o nie.

To pragnienie ocalenia dzieci jest  immanentnym składnikiem dobrego rodzicielstwa, tak jak symbioza matki z niemowlęciem jest absolutną koniecznością rozwojową, by dziecko mogło zdrowo oddzielać się w późniejszych etapach od matki. Jednak podobnie jak dzieci muszą oddzielać się od nas, tak my rodzice potrzebujemy pozwolić im odejść, opuścić nas i utracić wiele złudzeń jakimi żywiliśmy się jako rodzice. Złudzeń, że jesteśmy w stanie ochronić nasze dzieci przed niebezpieczeństwami, że możemy sprawić, że skorzystają z naszych doświadczeń i nie będą musieli zdzierać własnych kolan, że wiemy o nich więcej niż one same, że dzieci powinny żyć zgodnie z tym jak je wychowaliśmy, bo wtedy będą szczęśliwe i my będziemy zadowoleni, ze dobrze spełniliśmy obowiązek rodzicielski.  Zgoda na to by dzieci oddzieliły się od nas jest zgodą by żyły własnym życiem, budowały własną tożsamość, miały własne pragnienia, opinie. Jest też rezygnacją z naszych oczekiwań jakie świadomie lub nieświadomie mamy w stosunku do nich, marzeń jakie mają być, wyobrażeń o nich i o tym że zapewnią nam, rodzicom dobry wizerunek w świecie.

Miłość matczyna to miłość, która z bycia jednością rozdziela się, a co więcej wg słów Ericha Fromma matka powinna chcieć pomóc w tym odejściu dziecka. Aby pozwolić dziecku odejść rodzic potrzebuje uznać, że nie każda jego propozycja, oferowana możliwość będzie przyjęta z wdzięcznością. Lub będzie w ogóle przyjęta.  Niektóre będą  uznane, zrealizowane, ale aby uszanować prawo dziecka do tego by kształtowało życie na własną modłę to my rodzice potrzebujemy odnaleźć w sobie zdolność do akceptacji  odrębności naszych dzieci. Wymaga to przyjrzenia się naszemu poczuciu odrzucenia, odtrącenia, złości, przekonaniom typu  „nie tak ją wychowałam”, „ u nas w domu nikt tak się nie zachowywał”, „ja tego w dzieciństwie nie miałam, to jak moje dzieci nie mogą doceniać tego co im proponuję”.  Jako rodzice tak bardzo chcemy czuć się potrzebni, że sami nie odcinamy pępowiny naszym dzieciom.

Często wynika to z tego, że sami tej pępowiny nie mieliśmy odciętej. Spotykam w gabinecie dorosłe kobiety i mężczyzn, którzy ukończyli studia, gdyż były to wymarzone studia taty, wzięli ślub z osobą, która była akceptowana przez mamę, albo nie są w stanie zająć się swoimi pragnieniami, swoim życiem, bo czują się zobowiązani do spełniania pragnień i potrzeb swoich rodziców. Przez grzeczność, uległość, lęk przed dezaprobatą powstaje wielopokoleniowa spirala.

Współczesna psychologia zwraca dużą uwagę na wrodzoną człowiekowi potrzebę bycia w związku z drugą osobą oraz konkurencyjną potrzebę autonomii. Aby potrzeby te mogły zdrowo współistnieć w człowieku potrzebuje on mieć wykształconą swoją odrębność, niezależność, granice między sobą a innymi. Jest to proces wieloetapowy i jako rodzice wielokrotnie doświadczamy etapów separacji, w czasie których nasze dzieci budują swój obszar autonomii. Za każdym razem mierzymy się z naszą gotowością do akceptacji ich niezależności, „inności od nas”, ufności we własne siły. Często musimy zmierzyć się z tym, że nie jesteśmy nieomylni, omnipotentni, doskonali.

To jacy mamy być? Wystarczająco dobrzy.. czyli jacy? Na pewno odpowiedź jest różna w zależności od fazy rozwojowej, czyli wieku dziecka. Psychologowie podpowiadają, że „dopasowani”. I świadomi, że istnieją granice rodzicielskiego wpływu, możliwości władzy. Że w życiu naszych dzieci będą istnieć zjawiska, zdarzenia, które są niebezpieczne, które mogą powodować cierpienie, ale przed którymi nie jesteśmy w stanie ich uchronić, nie mamy nad nimi żadnej kontroli.Jest tyle niebezpieczeństw w świecie, tyle rozczarowań które czyha za rogiem, tyle cierpienia które mogą sobie zadać..

Moje „klik” z Kikowa to zaufanie. Ufam, że wyposażyłam moją córkę w umiejętność bycia autonomiczną, zaradną, mądrą kobietą. W umiejętność ruszenia w swoją drogę.

Hania