blog

Coś się kończy, coś się zaczyna..

Wrzesień 2, 2018 Brak komentarzy

Od niedawna  szczerze mogę powiedzieć, że nadejście września i jesieni nie powoduje mojego smutku i żalu, że kończą się wakacje, lato i słoneczne dni, które uwielbiam. Naprawdę lubię każdą porę roku i akceptuję ich  uroki i „brzydy”.
Nie umiem dokładnie powiedzieć kiedy zdałam sobie z tego sprawę, ale na pewno był to proces. Dojrzewania, akceptacji nieubłaganie płynącego czasu, ale też zrozumienia, że wybierając „lubienie” tylko słonecznych dni roku pozbawiam się czegoś cennego. Akceptacji tego, co po prostu jest. Może to wynik ścieżki rozwoju, którą wybrałam, a może wieku.:)
Jakiś czas temu do łez rozbawiła mnie scenka rodzajowa z moją nastoletnia córką. Stałyśmy przed lustrem malując się i czesząc i moja córka narzekała na swoje włosy  ( ..przepiękne, gęste i długie). Oczywiście powiedziałam, że mi jej włosy  podobają się. Na co stwierdziła usprawiedliwiając się, że chyba wszyscy tak mają, że nie lubią swoich włosów. Spojrzałam na swoje( cienkie i liche) i powiedziałam jej, że w sumie to ja swoje lubię. Moje dziecko skrzywiło się z dezaprobatą i stwierdziło : no tak, w Twoim wieku, to już się wszystko akceptuje:))) Wiec być może to jednak wiek:))

Mierzę się więc co dnia z tym co jest. Z tym co tracę, zostawiam za sobą, ale też z tym co zyskuję. Z tym kim nigdy już nie będę, i z tym kim mogę być. Z tym, że nie wszystko jest możliwe. Ale też z tym po jak wiele mogę sięgać. Z tym, że mam zmarszczki i coraz gorszy wzrok. Ale też z tym, że nadal mam sprawność i energię by grać w tenisa, jeździć na nartach, biegać.
Mierzę się z tym,  jak być dorosłą kobietą. Saint- Exupery twierdził, że być dorosłym to znaczy brać na siebie odpowiedzialność. Za swoje czyny, myśli, emocje. Takie spojrzenie na życie i dojrzałość daje mi odwagę „być” tak, by niczego nie żałować, by przeżyć moje życie jako autorki swojego życia.
Judith Viorst pisała w swojej książce „ To,co musimy utracić”, że „wzdychając za zachodami słońca, nad końcem lata, nad miłością, która odeszła i nad wierszami o „kraju utraconej radości”-opłakujemy- nie wiedząc nawet, że opłakujemy- koniec daleko bardziej istotniejszy: pozostawienie za sobą dzieciństwa”. Autorka przekonuje, że dojrzewanie to przeżycie żałoby nad utraconym dzieciństwem.
Ta żałoba oznacza miedzy innymi pozbycie się niektórych złudzeń, rezygnację z przekonania że mam nieograniczone możliwości wyboru, że mogę obarczać innych winą za swoje czyny, że jestem ofiarą doświadczeń dzieciństwa.
Przeżycie tej żałoby daje w zamian wolność, jak mówi Viorst- chylącą czoło przed koniecznością wyborów i ograniczeń. Wolność, która pozwala otrzymać to czego pragnę w granicach nakładanych przez rzeczywistość, która jest niedoskonała. „Rzeczywistość, której fundament stanowi po części zgoda na to, że coś musimy utracić”.

Jako dorosła kobieta odróżniam ( coraz częściej ) moje rzeczywiste pragnienia od dziecięcych tęsknot, niemożliwych do spełnienia oczekiwań. Idę na kompromis z życiem. Takim jakim jest. Niedoskonałym, frustrującym, kolorowym i wielowymiarowym. Dającym i zabierającym. Ograniczającym ale nie paraliżującym mnie.
Wiosna jest cudowna, wraz z krokusami i rodząca się do życia przyrodą. Kocham gorące lato, zapach ciepłej ziemi, kąpiele w morzu, bujność kwiatów…ech.. Lubię jesienny las i zapach grzybów, powrót do poukładanego trybu szkolnego po szaleństwach lata, chłód poranków i ciepłe, słoneczne popołudnia, spadające liście..a kiedy spada śnieg..chcę iść na wieczorny spacer po uliczkach mojego miasta, słyszeć pod nogami skrzypienie i zaglądać z ciekawością  w okna. A potem zaszyć się z ciepłą herbatą pod ciepłym kocem.
Mój ulubiony psychoterapeuta i pisarz  Irvin Yalom w  swojej ostatniej książce- autobiografii pięknie napisał o akceptacji przemijania: „Jedyne, co może nas ukoić, gdy umieramy, to świadomość, że dobrze przeżyliśmy życie”.

Dobrego życia!

Hania L.